niedziela, 7 stycznia 2007

H.M.S. Phoenix


Temat imigrantów to Wańka-wstańka. Onet właśnie przedrukowuje Le Figaro, biadającego nad zalewającą Europę falą ksenofobii i nacjonalizmu. Biedni socjalistyczny inżynierowie dusz i umysłów pracowali ciężko przez ostatnie dwadzieścia lat, żeby przekonać Europę, że ciemniejsze znaczy lepsze, a nastoletni brudas z przedmieścia, który w całym swoim życiu zajmował się niczym, ma święte przyrodzone i dane przez Allaha prawo do palenia ludziom samochodów i wybijania szyb. A tu ludzie nie chcą wierzyć - niewdzięczne sukinsyny. Nie podoba im się życie na ulicy bezpośrednio przeniesionej z najbardziej piekielnych krajów Bliskiego Wschodu. Dla dobrego różowego odpowiedź jest prosta, bo wzięta z szablonu, którym lewak traktuje wszystko. Kto mówi "nie", ten jest Hitler. Proste.

Zła imigracja jest... cóż - zła. Importowanie ludzi prosto z piekła wojny, prosto z dziczy, z krajów bezprawia, albo z krajów prawa Hamurabiego, importowanie ich setkami tysięcy to przeszczepianie owej dziczy w środek Europy. Dziczy, która bardziej wierzy w siebie, niż Europa wierzy w Europę. Ale to nie jest ani cała prawda o imigracji, ani nawet większa część owej prawdy.

Europa przez dziesiątki lat na imigrację generalnie się zamykała. Z tym rezultatem, że mamy teraz na kontynencie około 40 milionów Muzułmanów - dokładnie tych imigrantów, których moglibyśmy spokojnie odstąpić Księżycowi. Ale co dzieje się, gdy wrota zamiast zamykać (ale tak nie do końca) szeroko się otwiera? Zdziwienie niemal nabożne bierze człowieka, który przespaceruje się londyńską ulicą. Na odcinku 200-300 metrów można usłyszeć kilkanaście języków. Ludzie najróżniejszych ras i kast, przemieszani w poprzek drabiny społecznej. Anglik idący z drabiną na ramieniu i rytmicznie bełkoczący w dzisiejszej, gardłowo-jelitowej angielszczyźnie w swoją komórkę, tuż obok Hindus, w nieskazitelnym garniturze, czytający "Economista". W firmie, w której byłem niedawno na dziesięciu informatyków czworo (trzy kobiety) pochodzi z Indii, dwóch z Włoch, dwóch skądś jeszcze, dwóch z Anglii. Kraj gna do przodu jak odrzutowiec, Irlandia jeszcze szybciej - Irlandia ze swoimi 300 tysiącami importowanych Polaków. W Anglii Polaków ma być pono koło 600-700 tysięcy. Kiedy w gospodarce pojawiają się braki personelu, są natychmiast zaspokajane przez imigrację. Gospodarka nie czeka 20 lat aż wykształci się nowa kadra, żeby wziąć wszystko jak leci, z odpadami, ale zaspokaja swoje zapotrzebowanie natychmiast. W rezultacie Anglia zamienia się w coś w rodzaju arki narodów. Obok Sikhów i Hindusów, którzy z Anglikami byli od wieków, Londyn jest teraz amalgamatem wszystkich nacji i ras. I trudno się czasem oprzeć wrażeniu, że przyjeżdża tu również cała wykształcona Europa, wszyscy, którym chce się pracować. Niemcy i Francuzi ze swoimi milionami Arabów boją się, co niemal histerycznie śmieszne, ratunku w postaci imigracji z Europy. Anglicy zachęcają do niej. Statki z Bułgarii wypełnione hydraulikami, pielęgniarkami, robotnikami są już pono w drodze. W tej potężnej fali ta część imigracji, która wiąże się z pasami wypełnionymi ładunkami wybuchowymi, rozpłynie się, rozpłynąć się musi. W tym kraju powstaje jakiś nowy stop, coś o właściwościach, które mogą zarówno potężnie zawieść jak i naprawdę zadziwić.

W zeszłym tygodniu stałem na Victoria Street rozglądając się wokół i myśl od której nie mogłem się opędzić kazała mi patrzeć na to wszystko przez szczególnie ciekawy pryzmat. Czy oni znaleźli w końcu sposób na odbudowę Imperium? Wyspy są obecnie najpotężniejsze gospodarczo na całym kontynencie i nic nie wskazuje na ochładzanie się tego pędu do przodu. Kolonie terytorialne nie są już opłacalne, kolonializm przeszedł w etap usług i technologii. A rozmachem swojej inicjatywy owo nowe imperium imponuje na pewno. Co szczególnie imponujące - to wszystko powstało na gruncie bardzo prostych i oczywistych koncepcji. Podwaliny pod angielski renesans położył Thatcheryzm a następne rządy tylko mu pomogły - nie dusząc. Nie ma w tym nic z magii, zastosowano prawa znane od czasów Adama Smitha. I to właśnie jest tak fascynujące - że je zastosowano. Zamiast brnąć w tysięczne tłumaczenia, zamiast bredzić o państwie solidarnym (z jaką pasją Francuzi nienawidzą le model anglais!) i ignorować fakty - Anglicy zliberalizowali gospodarkę i udało im się ją utrzymać w miarę liberalną. Ze skutkiem takim, jaki przewidziany był od ponad wieku. Na kontynencie ludzi zaciskających z całej siły oczy i uszy trzeba jednak odwagi i jakiegoś rodzaju geniuszu, żeby patrzeć i słyszeć.

środa, 3 stycznia 2007

No to kogo i kiedy?

Tekst ten jest polemiką wobec opublikowanego przez Krzysztof Schechtela tekstu "Kto kogo i za co zaatakować powinien"


Pierwszym instynktem człowieka o poglądach - powiedzmy - prawicowych kiedy słyszy, że temu to a tamtemu należy zakazać posiadania broni jest ostry sprzeciw. Prawo do samoobrony jest czymś oczywistym na elementarnym poziomie komórkowym, jest absolutnie wrodzonym instynktem, który zagłuszyć może tylko ktoś, komu od dobrobytu zupełnie się w odwłoku przewróciło. To samo oczywiście dotyczy państwa. Absurdem jest odmawianie państwu prawa do obrony, prawda? Ale nawet osobie o wspomnianych prawicowych poglądach przyjdzie z trudem powiedzenie, że panu X, wielokrotnemu mordercy, publicznie głoszącemu chęć wymordowania całej swojej dzielnicy należy dać od ręki pozwolenie na trzy ciężkie karabiny maszynowe, miotacz ognia, moździerz i czołg. I znowuż - państw tyczy się to tak samo.

Broń konwencjonalna umożliwia prowadzenie wojny - długoletnie, czasem z milionami ofiar, wycieńczające państwa. Broń nuklearna natomiast umożliwia natychmiastową anihilację drugiego państwa. Uderz w pięć najważniejszych miast, nawet takiego giganta jak USA, a gospodarka upadnie. Rzucisz to państwo na kolana. I to pomijając miliony ofiar, opad, skażenie niesione wiatrem na tereny państw ościennych. Więc o ile nikomu do głowy by nie przyszło zakazywanie Iranowi posiadania czołgów, to już z bronią atomową jest insza inszość. Kto w Iranie sprawowałby kontrolę nad ową bronią? Grupa bardzo starych fanatyków religijnych, wyznających religię masowego mordu, śmierci, okrucieństwa. Kto może z sensowną pewnością powiedzieć, że Iran nie zdecydowałby się na użycie tej broni ot tak, bo akurat wierzyłby, że Izrael w danej chwili nie jest zdolny do odpowiedzi? Jasne - prawdopodobnie by się nie zdecydował, ale margines niepewności jest tu na tyle duży, że ciarki przechodzą na myśl o tych głowicach dostających się w ręce ajatollahów. Dajmy na to, że człowiek ma złe doświadczenia z sąsiadem, który regularnie awanturuje mu się pod drzwiami, pluje na niego na ulicy i wyje, że zabije jego i całą jego rodzinę - i ów człowiek widzi sąsiada w sklepie z piłami mechanicznymi, spoglądającego pożądliwie na jeden z egzemplarzy, a pod pachą trzymającego gumowy fartuch. Jasne, to pewnie wszystko na postrach. A jeśli nie?

Pytanie na kogo i dlaczego należy uderzyć jest bardzo śliskie, bo obiektywne kryteria są oczywiście nie do zdefiniowania. W ogromnym skrócie - można uderzyć na bydlaków, należy zostawić w spokoju ludzi przyzwoitych. Oczywiście według francuskich pacyfistów znaczy to, że należy zniszczyć USA a wynieść na ołtarze Mugabe, Saddama i kogo tam jeszcze. Według Amerykanów będzie to oznaczać coś odwrotnego. A to prowadzi prosto w debatę o relatywnej moralności. Bezcelową, bezsensowną. Moje założenie jest takie, że Iran, podobnie jak większość państw arabskich jest zbrodniczym monstrum, uprawiającym rządowy terror, parającym się sponsorowaniem morderców operujących w innych krajach. To dla mnie wystarczające usprawiedliwienie moralne dla wojny. Wojny z Iranem, wojny z Arabią Saudyjską, wojny z Zimbabwe, z Somalią, z Rosją, z większością świata tak naprawdę. Większość tej planety jest pod rządami bydlaków i zbrodniarzy. Ale nie da się prowadzić wojny z większością planety, zresztą wojna musi mieć nie tylko usprawiedliwienie, ale też jasno określony cel. Nie istnieje taki cel w przypadku, dajmy na to, Zimbabwe. W przypadku Iranu - owszem. Co więcej, wojna musi być opłacalna. Nikt o zdrowych zmysłach nie zacznie wojny prewencyjnej z państwem dysponującym bronią nuklearną, bo wtedy zamienia możliwość ciosu atomowego na pewność tego ciosu - a więc wojna sama w sobie traci sens i cel i staje się środkiem prowadzącym z możliwej katastrofy w katastrofę pewną. Dlatego nikt nie ruszy Korei Północnej. Nikt nie chce zobaczyć jak zakładnik Kima, czyli Japonia, znika z mapy.

Casus belli w przypadku Iranu jest bardzo prosty. To mordercze, akresywne kanalie i - co ważne - nie mają jeszcze broni atomowej. Kiedy będą ją mieli, będzie za późno. Ale jeszcze nie mają.

Co do Izraela i czemu by go nie zaatakować? Bo nie ma powodu. Izrael daje całkowitą, absolutną pewność, tak samo jak USA, Francja, czy Wielka Brytania, że broni nuklearnej nie użyje jako pierwszy, na podstawie zachcianki, czy komunikatu od Proroka, przekazanego obłąkanemu starcowi przez jego osła. Izrael oczywiście ma historię terroru - i w sumie mało kto nie ma. Ale w obecnej chwili Izrael to nowoczesna demokracja w typie zachodnim, zaś niemal wszystkie jego wartości są tymi samymi, które wyznajemy my. Izrael to nasz człowiek na Bliskim Wschodzie. Każda z wojen, w których Izrael brał udział była wojną obronną - każda jedna. W obecnej chwili Żydzi dysponują tak miażdżącą przewagą militarną nad każdym ze swoich sąsiadów, że nie ma stolicy, do której nie mogliby zajechać Merkavami w tydzień. Ale w odróżnieniu od owych sąsiadów z owej przewagi nie korzystają. Czy ktokolwiek jest w stanie pomyśleć, że gdyby Syria miała taką przewagę nad Izraelem nie zaczęłaby już, teraz, natychmiast, nowej wojny? Arabowie w Izraelu mają prawo głosu. Palestyńczycy służą w armii. To są rzeczy, o których się nie wspomina w prasie, bo tekst z którym polemizuję drastycznie myli się w ocenie mediów.

Media mogły być filosemickie dwadzieścia-trzydzieści lat temu. To już zaprzeszła przeszłość. Media są generalnie lewicowe, a lewica nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że Żydzi to potwory z piekła rodem, zaś Palestyńczycy są przynajmniej błogosławieni, a najpewniej święci. Wsparcie Palestyny stało się wygodnym pretekstem dla powrotu starego, dobrego antysemityzmu. Izraelski buldożer stał się symbolem Szatana, uchodzi już nawet zarzucenie felietoniście lub redaktorowi żydowstwa jako sposób dyskredytacji jego tekstu (autentyk z angielskiego Timesa). Izrael dostaje w prasie tak regularne i mocne kopy, że naprawdę nie wiem gdzie i jak ktoś się może dopatrzeć owego filosemityzmu. Pojedynczy tekst o nieszczęsnym, biednym, prześladowanym przez złych Żydów zdrajcy, który wyjawił izraelskie tajemnice wojskowe (za co ci podstępni Żydzi go nie zabili - na złość prasie) potrafił zająć w angielskiej prasie więcej miejsca, niż wszystkie teksty o Darfurze, Zimbabwe, czy Syrii wzięte razem.

Wszystko to oczywiście akademicka teoria, bo jedyne państwo naprawdę zdolne do powstrzymania Iranu, czyli USA, zdolne jest do tego wyłącznie militarnie. Ekonomicznie i politycznie Stany Zjednoczone raczej nie będą zdolne do żadnego większego wysiłku zbrojnego przez następne 10 lat. Być może więcej. Dla Izraela sytuacja jest też teraz zupełnie inna niż w czasie afery z Irakiem, któremu Francuzi sprzedali technologię broni atomowej w celu zamienienia Jerozolimy w szklane jezioro - tam było dokładnie wiadomo gdzie i jak uderzyć, dało się całą rzecz rozwiązać jednym ciosem. Obecnie technologia ukrywania badań jest bardziej zaawansowana (i tańsza), niż technologia niszczenia z powietrza, jednym czy dwoma nalotami można trochę Iran cofnąć, ale nie zatrzymać. Trzeba się pogodzić z tym, że obłąkani ajatollahowie dostaną swój Miecz Allaha. Co z nim zrobią - Bóg jeden raczy wiedzieć. Nie ma co biegać w kółko i krzyczeć, że niebo się wali, ale przewracanie się na drugi bok i drapanie po tyłku z pełnym zaufaniem, że świat z arabskimi głowicami nuklearnymi jest tak bezpieczny jak bez nich też nie jest w żaden sposób uprawnione.



wtorek, 2 stycznia 2007

Czy jesteś nowoczesny - psychozabawa

Ja też, po zaleczeniu noworocznych chorób, przeglądam zaległe prognozy na bieżący rok. PlusMinus, kulturowy dodatek do Rzeczpospolitej z „przełomowego” weekendu, serwuje ich kilka, w tym wywiad z Georgem Weigelem. Jako zawodowy antropolog, zainteresowałem się szczególnie nim oraz analizą Łukasza Fołtyna, twórcy Gadu-Gadu.

Weigel promuje swoje przesłanie tak: biały świat bez wiary popadnie w agonię, z niej wprost w niebyt. Ludzie na naszych kontynentach (Europa i Ameryka Północna: jakoś nikt nie przejmuje się Australią, która być może ma nawet jakieś swoje problemy) mają alternatywę: być chrześcijanami albo przyjąć zakład Pascala; w każdym razie żyć tak, jak gdyby Bóg istniał. W przeciwnym razie przykładają rękę do zabójstwa Kultury, czyli kultury o pniu europejskim.
Podoba mi się ta teza i nie będę z nią polemizował. Przeciwnie, chciałbym mieć z niej szybkie hasło, do prowokacyjnych okrzyków na lewackich imprezach studenckich. Do tej pory w jego miejsce używałem postulatu eksterminacji Francuzów. „Jak będę duży – mówiłem – zbuduję duuuuuuży samolot.” Kiedy już wszyscy dostatecznie ucieszyli się moją infantylną postawą, dodawałem: „tak duuuuży, żeby zbombardować nalotem dywanowym cały Bliski Wschód, Afrykę i Francję w drodze powrotnej.” Prawda jest taka, że gdybym miał pewność, że eksterminacja sił lewackich w Europie da zadowalający skutek, zacząłbym już teraz.
Niestety, pewności tej nie mam – bo problem Europy to nie do końca problem gay pride czy ministry Środy w Sztokholmie. To także problem wyższej klasy średniej – ludzi wykształconych, inteligentnych, ale nie pracujących w opniotwórczych megafonach – którzy konsekwentnie akceptują klisze z tych ostatnich. Bo „unia albo Białoruś”, bo „ksiądz jeździ mercedesem”, bo „demokracja jest najgorszym z możliwych systemów, ale najlepszym z istniejących”.
Nie wiem, jak to wygląda na zachodzie, ale przebudzenie Polski zależy właśnie od wychowania krytycznej klasy średniej. Takiej, która nie będzie jednocześnie postulowała skazania Pinocheta (argument już nieaktualny) i broniła Michnika słowami „daj mu spokój, stary i chory człowiek”. Skąd wziąć takich ludzi?
Jan Paweł II był jaki był, ale miana prawdziwie żelaznego autorytetu nie sposób mu odmówić. Jedynie ostatnie intelektualne prostytutki, jak autorzy akcji „tiszert dla wolności”, mogli słabiutko próbować. Prosty główny przekaz, zainteresowanie mediów, fantastyczny wizerunek medialny i masa egzegetów – tak, tzw. Nasz Papież spełniał wszystkie warunki, by być kamykiem, który poruszy lawinę odwrotu do wiary.
I co? Wygląda na to, że raczej nic. A dlaczego? Bo cholerna, świecka i fanatycznie centrowa klasa średnia, Klasa „Prawda Leży Po Środku” Średnia, Klasa „Doceniam Go Jako Człowieka” Średnia, przyoblekła intelektualną nieprzemakalną pelerynkę swoich gazwybowych sloganów. Bo wiara – dzieci to wiedzą, uczyły się w szkole – wiara była kiedyś. Teraz jest społeczeństwo otwarte.

W tym kontekście mało wymagająca intelektualnie prognoza Fołtyna nabiera rumieńców. Wskazany jest tu dystans wobec autora, który będąc – zapewne od wczoraj – „ekpertem Rzeczpospolitej”, jest też autorem najbardziej wieszającego się i pełnego usterek spośród popularnych programów. Fołtyn jednak wyraźnie ma coś pod kopułką i widać, że sukcesu Gadu-Gadu nie znalazł na śmietniku ani w ojcowskim portfelu.
Sednem jego przekazu jest: Internet to, Internet tamto, a z roku na rok jeszcze bardziej. Już niedługo – pisze – telefon, dotąd fundamentalny środek komunikacji, będzie tylko jedną z równouprawnionych wersji tejże, a większość Klasy Średniej z poprzedniego akapitu, będzie miała mały i mądry telefon, nie za mały i mądry laptop oraz dostęp do wszystkiego za pół darmo. Z tych tez („jaka szkoda, że państwo tego nie widzą!”, jak mawiają komentatorzy sportowi) wyłania się wizja przyszłości nie zniewolonej nawet, ale pełnej sajensfikszynowych gadżetów i pełnej komunikacji. Jest to wizja w białym kolorze sedesowego porcelitu, tak dobrze znanym z kultowych iPodów, ale w wersji Fołtyna całkiem bezinwazyjna.

A teraz pytanie konkursowe: czy będąc wszechskomunikowanym człowiekiem przyszłości, potrafisz być jednocześnie tradycyjnym chrześcijaninem? Może warto spróbować?

Kto kogo i za co zaatakować powinien

Czytam właśnie prognozy Financial Times na rozpoczynający się rok. Najbardziej zaciekawiła mnie kwestia Iranu. Zaatakują ich Amerykanie, czy nie zaatakują? Pal sześć odpowiedź (i tak nie mamy nic do powiedzenia), mnie interesuje co innego: co jest casus belli tej wojny? Chęć posiadania broni atomowej przez Iran? Załóżmy, że jest to dostateczny powód, bo lista krajów posiadających głowice nuklearne jest niejako zamknięta i nikt poza nimi mieć jej nie może. Co w takim razie z innym krajem, który do posiadania takiej broni niedawno się przyznał? Nie, nie mam na myśli Korei Północnej. Owo państwo ma najnowocześniejszą armię w swoim regionie. Owo państwo wygrało wszystkie wojny na Bliskim Wschodzie, istnienie tego państwa jest powodem ogromnych niepokojów w całym świecie arabskim. Jednak państwo Izrael jest ponad regulacje dotyczące Iranu, Libii, Syrii, czy Polski. Pastwo Izrael może mieć bombę atomową, chociaż inni nie mogą.

Ciekawa rzecz – gdyby napisać coś takiego w ogólnopolskim dzienniku to zaraz dowiedzielibyśmy się, że jesteśmy antysemitami. Na czym polega ów antysemityzm? Na trzeźwej ocenie sytuacji, bo, moi drodzy, szczerość w ocenie państwa Izrael jest brakiem innego zjawiska: filosemityzmu, a o to przecież chodzi. Żydzi (używanie tego słowa to też antysemityzm rzecz jasna) trzymają w szachu pół świata, ponieważ środki masowego przekazu mają wdrukowany w swoją politykę informacyjną filosemityzm. Dlatego mamy złych Arabów i dobrych Żydów. Oczywiście nikt nie popiera ataków bombowych na ulicach tego państwa, jednak może warto przypomnieć, że ten sposób atakowania wymyślili właśnie Żydzi, dokładnie 60 lat temu, kiedy dotarli swoim konwojem kolonizacyjnym do znajdującej się pod kontrolą angielską Palestyny. Kogo atakowali? Anglików rzecz jasna, wpadał zamachowiec obłożony ładunkami wybuchowymi pomiędzy żołnierzy i bum. Czy wówczas potępiano ów terroryzm? Czy zastanawiano się nad interwencją? Wolne żarty.

Świat stoi na głowie. Jak jest naprawdę? Niepodległe (na razie) państwo chce się uzbroić, aby móc na równi rywalizować ze swoim odwiecznym wrogiem. Niestety nie może, bo ów wróg jest dobry, a on jest prosto z jądra osi zła. Innymi słowy Izrael jest w mocnym sojuszu i mieć broń może, a Iran nie. Czy jest w tym coś złego? W sumie nic, przecież od zawsze jedni mieli mocnych sojuszników (np. naziści), a inni nie (Polacy w 39r.). Złe natomiast jest mydlenie oczu nam wszystkim, że są jakieś z góry określone reguły w porządku międzynarodowym. Nie ma. Są, jak zwykle – mocni i słabi. Nazywajmy rzeczy po imieniu panowie dziennikarze, a nie pieprzmy jak potłuczeni.

P.S.: Prognoza dotycząca Iranu kończy się następującym zdaniem:
Ponadto, potencjalny atak Izraela na Iran jest bardziej prawdopodobny w ciągu najbliższych 18 miesięcy niż kiedykolwiek w historii. A nie od dziś wiadomo, że to skończyłoby się i tak wciągnięciem do walk Stany.

Na miejscu Iranu też chciałbym mieć w takiej sytuacji broń atomową...

wtorek, 19 grudnia 2006

Handel Händel Haendel Hendel

Jakiś czas temu rozmawiałem z Przemkiem o autorytetach. Kto jest jego autorytetem? Kto moim? Ciężko było powiedzieć. Łatwiej już było znaleźć antyautorytety. Na przykład jeśli Wyborcza coś potępia, to jest dość jasne, że rzecz jest przynajmniej warta zastanowienia, a najprawdopodobniej bardzo przyzwoita. Jeśli Francja kogoś popiera, to ten ktoś ma pewnie w CV przynajmniej kilka tysięcy trupów. Antyautorytety z czasem zaczynają pełnić funkcję autorytetów, przestajemy się zastanawiać nad sprawą i przyjmujemy po prostu, że jeśli coś wywołuje szał i napad jąkania u Adasia, to rzecz warto poprzeć.

Można sobie było w telewizji pooglądać swego czasu "dyskurs" społeczeństwa z antyglobalistami. "Dyskurs" polegał na tym, że z jednej strony antyglobaliści podpalali ludziom domy, samochody, miejsca pracy i wybijali im szyby w oknach zaś miasta zamieniali w pole bitwy, z drugiej zaś strony społeczeństwo.. miało podpalane samochody i domy. Wyważona dysputa. Potem w różnych radiach (pamiętam jeszcze audycję w Zetce) przechrzczeni na "alterglobalistów" kolesie tłumaczyli, że wcale nie widzieliśmy tego, co widzieliśmy i że to tak naprawdę wszystko policja. Warto wiedzieć, że jeśli widzisz młodocianego bandytę w kominiarce, rzucającego koktajlem Mołotowa w okno McDonnalda to jest to na pewno policjant.

Jak można popierać jakikolwiek z poglądów tych ludzi? Samym swoim zachowaniem czynią swoją sprawę czymś odrażającym a to, z czym walczą, czymś szlachetnym. I tu tkwi niebezpieczeństwo. Daliśmy się przekonać mediom, że owi bandyci walczą z globalizacją. A to znaczy - że oni w ogóle mają jakieś poglądy. Nie mają. To jest bzdura. Ich jedynym poglądem jest to, że zajebiście jest niszczyć innym własność i robić ludziom krzywdę, a wspierający to bełkotliwy koktajl ideologiczny jest wyłącznie pretekstem. W ten sposób owe gnojki, na spółkę z mediami, w sposób błyskawiczny zdyskredytowały jakiekolwiek poglądy antyglobalistyczne. Dyskusja została zakończona zanim się zaczęła - zakończona za pomocą płonących samochodów. Odtąd człowiek nie może bez wstydu zastanawiać się nad tym, czy globalizacyjne trendy w gospodarce są zjawiskiem tak jednoznacznie pozytywnym, jak się nam je przedstawia. A czasem warto się zastanowić.

Jako jednoznacznie pozytywne zjawisko jest przedstawiane przechodzenie gospodarek z produkcji przemysłowej na usługi. Nastawione na usługi Anglia i Republika Irlandii zasuwają do przodu. Obciążone balastem ciężkiego przemysłu i wynikających z niego związków zawodowych Niemcy idą w dół. Przemysł jako ryzykowny, mający zbyt długi okres między inwestycją a zyskiem i zbytnio narażony na zawirowania społeczne i ekonomiczne zostaje wydelegowany do krajów biednych. Mówi się nam, że zyskujemy na tym, bo dzięki temu buty możemy kupić za kilkanaście złotych, zamiast za kilkaset. I jest to prawda, zyskujemy. Mówi się nam, że zyskują kraje, do których przemysł ten zostaje przesunięty, bo robotnicy tam inaczej nie mieliby w ogóle żadnej pracy, a tak coś zarobią, rozwiną się, wejdą w ciąg wstępujący. Znowu jest to generalnie prawda. Długi czas temu wybuchła potworna histeria na temat fabryki Adidasa, czy innego Nike, która to fabryka zatrudniała dzieci. Histeria dotknęła firmę tam, gdzie ją zabolało - w sprzedaż i PR, fabryka została szybko zwinięta, dzieci - niewątpliwie bardzo wdzięczne Wujkom Redaktorom - zostały bez pracy i mogły wrócić do spokojnego, radosnego, słonecznego dzieciństwa polegającego na uczeniu się od taty jak za pomocą karabinka szturmowego wybijać dziury w chłopcach z sąsiedniej wioski. Więc ta globalizacja służy wszystkim, tak? Moment, ale czy przed chwilą argumentem tłumaczącym nam czemu zyskujemy na pozbyciu się przemysłu nie było to, że jest on ryzykowny, wredny, obciążający gospodarkę? Skoro zrzuciliśmy go całego w trzeci, czwarty i piąty świat - czy oni na pewno zyskali? W rubrykach zysków i strat oczywiście, zyskali. Ale na ile zepchnięcie tego przemysłu na słabe gospodarki daje im drabinę a na ile czyni je wasalnymi podwykonawcami, niezdolnymi do wykonania technologicznego kroku od wieku XX do wieku XXI - to jest rzecz do zastanowienia.

A tak przy okazji - nie pomnę już ile razy słyszałem w ciągu ostatnich dwóch lat, że Zachód to kanalie z powodu wysokich ceł na import żywności (jest to zresztą racja, z tym, że nie kanalie, tylko idioci). Przez te wysokie cła żywność z Afryki nie może rywalizować z żywnością z Europy i Stanów Zjednoczonych, a nie znajdując rynków zbytu wpycha swoich wytwórców w biedę i nędzę. Przy okazji nie pomnę już ile razy słyszałem, że Afryka (gorąco pragnąca eskportować do Europy zboże) głoduje i musimy im koniecznie jak najszybciej wysłać naszą żywność. Czy ja naprawdę jestem jedynym człowiekiem, któremu coś tu nie gra?

sobota, 16 grudnia 2006

Panie hydraulik, usuniesz mie pan wyrostek?

Dłuższy czas temu rozmawiałem z koleżanką o Bono. Zachwycała się Bono. Bono ma ważne przesłanie. Ma coś do powiedzenia światu. Bono walczy o pokój i koniec głodu w Afryce. Bono, słowem, uznał, że skoro sprzedał masę albumów to i potrafi wbrew woli całej Afryki zaprowadzić tam pokój i potrafi całą ją nakarmić - jest i fantastycznym ekonomistą i politykiem i kimś w rodzaju boga. I Geldof. I cała reszta. Niemal każdy, kto znajdzie się na top 100 od razu dostaje poczucia Misji i bierze się za ratowanie Afryki. No bo skoro potrafi śpiewać, to i na ekonomii i to szczególnej ekonomii zupełnej dziczy też zna się świetnie, prawda? Tak, jak hydraulik na chirurgii.

Około bilion dolarów zosał władowany w Afrykę w ciągu ostatniego pięćdziesięciolecia. To są pieniądze po prostu nie do wyobrażenia. Większość pochodziła oczwiście ze Stanów Zjednoczonych (tych złych Stanów, znienawidzonych przez wszystkich artystów o krwawiących sercach). I co? I nic, poza tym, że Afryka stała się jednym z najbardziej chłonnych rynków na broń i towary luksusowe. Bo widzicie, nie jest prawdą, że pieniądze wydane na ten kontynet w ramach pomocy zostały stracone i przepadły, nie. Z naszego, zachodniego, punktu widzenia była to inwestycja. Przecież Afryka nie kupi nic od Afryki, bo tam się nic, poza trupami, nie produkuje. Broń, luksusowe samochody dla kacyków, jachty, marmurowe wille - wszystko to musi być kupione od nas. Większa część tego biliona dolarów została wydana w Europie i USA, wróciła prosto na konta koncernów zbrojeniowych. I teraz na scenę wchodzi Bono. Bono ma plan. Bono wie, że bilion pieniędzy władowanych w Afrykę przyniosło efekt w postaci wojen, głodu, milionów trupów. Bono ma nowy plan! Wiecie jaki? Prosty w swoim geniuszu - ładujmy pieniądze w Afrykę! Bo jeszcze skończy im się amunicja i co będzie? Bono może jeszcze dostać za swoją działalność nagrodę Nobla. Pokojową.

Przeciwnicy pompowania szmalu w afrykańskich kacyków są przez artystów o krwawiących sercach oskarżani o arogancję, o znieczulicę i co tam jeszcze. Ja zapytam - jak potworna arogancja jest potrzebna, aby dojść do przeświadczenia, że aktem otwarcia portfela można rozwiązać wszystkie problemy kontynetu zamienionego w piekło? Jakiej arogancji potrzeba, aby być przekonanym, że te problemy można w ten sposób rozwiązać za ludzi, których owo piekło niszczy i którzy sami powinni coś w końcu w swojej sprawie zrobić?


Ale hydraulik jest sławny. Sława usprawiedliwia wszystko. No bo Paris Hilton musi wiedzieć wszystko o wszystkim, skoro jej cycki są na każdej okładce, nie? A Bono skoro tak fajnie zrobił muzykę do Batmana na pewno da radę. Cały świat, wszyscy jego ekonomiści i politycy nie dał rady, ale Bono da. Bo dużo płyt sprzedał. A ja wtedy poproszę hydraulika o wycięcie mi wyrostka.

W tych mrocznych czasach...